A mogli zgarnąć całą pulę, bo w 55. minucie sędzia nie uznał gola zdobytego przez Huberta Kościukiewicza, który wykazał się większym sprytem niż Adrian Napierała i trafił do pustej bramki. Mariusz Górski nie pokazał na środek... bo na boisku leżał bramkarz Jagiellonii Adam Piekutowski, który chwilę wcześniej źle piąstkował piłkę. - Bramka była jak najbardziej prawidłowa. Sędzia powiedział nam jednak, że bez bramkarza się nie gra. A on leżał na boisku może sekundę... Pierwszy raz spotkam się z taką sytuacją. Fair play? Chyba nie w takiej chwili - denerwował się Krystian Kanarski, napastnik HEKO. Gospodarze też mogli mieć pretensje do arbitra, który w 62. minucie nie podyktował jedenastki za faul Dariusza Walęciaka na szarżującym Madrinie Piegziku. Takich emocji było jak na lekarstwo, obu zespołom przeszkadzało trudne boisko.
Gospodarze, chcąc się zrehabilitować po nieudanej inauguracji wiosny (0:0 na wyjeździe z Drwęcą), zaczęli z zapałem i animuszem. Podobnie było w ostatnich dziesięciu minutach wczorajszego pojedynku. W tych momentach kilka razy zakotłowało się w polu karnym beniaminka, ale klarownych sytuacji do zdobycia gola było niewiele. Jak choćby w 4. minucie, gdy Robert Speichler zgrał do Jacka Markiewicza, a ten przedłużył jeszcze dośrodkowanie głową, ale zabrakło wykończenia.
HEKO walczyło o punkty, tak jak do tego przyzwyczaiło jesienią, czyli przede wszystkim z dbałością o zabezpieczenie tyłów. Sforsować defensywę "Jagi" chciało za pomocą kontr. Jak choćby w 5. minucie, gdy Bartłomiej Socha z prawej strony obsłużył Kanarskiego. Jego główka przeszła jednak nad poprzeczką. Z czasem gra się wyrównała i przeniosła do środka pola. Składne akcje obu stron były już znacznie rzadsze.
W sobotę o godz. 18 HEKO zagra w Łodzi z Widzewem. |