
|
Szalejąca litewska odsiecz Wiosną widzieliśmy różne oblicza Ruchu. Na początku była drużyna skuteczna w defensywie i nieskuteczna w ataku. Potem objawił się zespół, który pięknie przegrywa. W meczu z HEKO kibice zobaczyli Ruch, który dalej gra futbol ładny dla oka, a przy tym łatwo podnosi się po ciosach.
Warto dodać: samobójczych ciosach własnego golkipera. Jarosław Paśnik w kilku wcześniejszych spotkaniach bronił z dużym wyczuciem, ale tym razem zawiódł na całej linii. W pierwszej połowie pomylił się dwukrotnie i wydawało się nawet, że trener Marek Wleciałowski w przerwie zostawi bramkarza w szatni. Domagali się tego kibice, a przed rozpoczęciem drugiej części meczu intensywnie rozgrzewał się ten drugi, czyli Sebastian Nowak. Paśnik pozostał jednak na boisku, choć tym, co pokazał wcześniej absolutnie na to nie zasłużył. Można jednak zrozumieć decyzję Wleciałowskiego, który nie chciał dobijać piłkarza. Do zmiany między słupkami może dojść jednak w następnym spotkaniu. W końcu wczoraj Paśnik zrobił dwa kroki do tyłu. Pierwszy, gdy zderzył się z Krystianem Kanarskim i Krzysztof Trela z bliska wbił piłkę do siatki. Drugi krok do tyłu to był efekt braku zdecydowania w 26. minucie. Paśnik wyszedł do dośrodkowania, by ostatecznie wrócić do bramki dając szansę na zdobycie gola Hubertowi Kościukiewiczowi. "Niebiescy" na każdy cios spółki Paśnik - HEKO odpowiadali jednak golem. Ruch przy tym grał z dużym rozmachem. Było to widać w akcji z 10. minuty, kiedy Wojciech Grzyb zagrał na nos do Mariusza Śrutwy i ten zaskoczył bramkarza efektowną główką. Równie piękny był solowy przebój Grażvydasa Mikulenasa i gol na 2:1 w sytuacji sam na sam. Później były jeszcze bramka Piotra Ćwielonga, który dobił strzał Śrutwy i wieńczący wszystko gol szalejącego Litwina Mikulenasa. DARIUSZ OSTAFIŃSKI
|
|