|
Choć galeria trofeów w siedzibie HEKO Czermno nijak się ma do tego, czym może poszczycić się Widzew, to czasy mamy dziś takie, że Dawid i Goliat stają naprzeciw siebie w jednej klasie rozgrywek i na boisku prezentują podobny poziom. Jedna porażka w spotkaniach wyjazdowych i tylko pięć straconych bramek, to dorobek, jakim mogli poszczycić się goście z Czermna przyjeżdżając do Łodzi.
Również na stadionie Widzewa podopieczni Józefa Antoniaka zaprezentowali bardzo konsekwentny styl gry i duże pokłady ambicji.
Piłkarze HEKO rozpoczęli spotkanie trochę przestraszeni i przez pierwsze kilka minut niemal nie wychodzili z własnego pola karnego, ale bardzo szybko opanowali nerwy i do końca pierwszej połowy nie pozwolili Widzewowi stworzyć żadnej klarownej sytuacji. W 32. minucie mieli nawet okazje by zdobyć gola, gdy po kiksie Wawrzyniaka w sytuacji sam na sam z Fabiniakiem znalazł się Krzysztof Trela, ale strzelił płasko obok słupka.
Nigeryjski fortel Wdrugiej połowie na boisku pojawił się Kelechi Iheanacho, który zmienił bezbarwnie grającego Świerblewskiego. - To był celowy zabieg. Wiedziałem, że Kelechi bardziej przyda się po przerwie, gdy rywal nie będzie miał już tyle sił co w pierwszych minutach - tłumaczył Stefan Majewski. I rzeczywiście. Szybkość i niekonwencjonalne zwody Nigeryjczyka wprowadziły sporo zamieszania w szeregach gości. Raz przyjezdnym udało się nawet przeprowadzić składną kontrę, zakończoną celnym strzałem Kanarskiego, jednak czerwona chorągiewka Katarzyny Nadolskiej oznajmiła wszystkim, że napastnik gości był na spalonym. Optyczną przewagę posiadał Widzew, lecz nie stwarzał klarownych sytuacji do zdobycia gola. W ciągu 10 minut trzykrotnie groźnie strzelał Łukasz Trałka, ale za każdym razem piłka nieznacznie mijała bramkę gości. - Miałem dziś pecha, ale wciąż wierzyliśmy, że w końcu musi się udać. Nie patrzyliśmy na zegar, tylko stwarzaliśmy kolejne sytuacje. W końcu coś musiało wpaść - mówił po meczu Trałka. No i miał rację. W końcu coś wpadło... I to jak!
Gol - marzenie W doliczonym czasie gry piłka znalazła się 20 metrów przed bramką gości. Gdy tylko odbiła się od ziemi, dopadł do niej Bartłomiej Grzelak i bez namysłu huknął jak z armaty. Futbolówka poszybowała nad rękami dobrze dysponowanego Mańki i wpadła w samo okienko, a Grzelak wspólnie z kolegami i kibicami mógł odtańczyć taniec radości. - To bez wątpienia najładniejsza bramka w mojej karierze - powiedział szczęśliwy zawodnik Widzewa. - Do walorów artystycznych nie przykładałbym jednak aż takiego wielkiego znaczenia. Gdybym strzelił tego gola z kilku metrów, dobijając piłkę do pustej bramki, to na pewno cieszyłbym się podobnie. Najważniejsze jest zwycięstwo - zakończył Grzelak.
Trzy punkty co prawda pozostały w Łodzi, ale kandydat do awansu nie zachwycił swą grą imiał sporo szczęścia.
JAROSŁAW PARADOWSKI
DOBRE WRAŻENIE
To wielkie szczęście mieć w składzie takiego gracza. Jeden zawodnik wygrywa drużynie mecz. Tylko pozazdrościć - komplementował Bartłomieja Grzelaka trener gości Józef Antoniak. - Wydaje mi się, że pozostawiliśmy po sobie w Łodzi dobre wrażenie. Szkoda tylko, że wracamy bez punktów. Trzy dni temu graliśmy ciężki mecz z Jagiellonią Białystok i w końcówce trochę opadliśmy z sił, a Widzew natychmiast i bez znieczulenia to wykorzystał - dodał szkoleniowiec dobrze spisującego się w rozgrywkach beniaminka. JAP
|